Dopiero wieczorami,kiedy bezdrzewne miasto tonie już w niekończącym się arktycznym zachodzie słońca, malce włóczą się w amoku po ulicach, a pary klecą tratwy z odłamków lodowca,wychodzę zaczerpnąć powietrza.
To tu,na tym skutym lodem wybrzeżu unosimy się,topiąc się we własnych,parzących objęciach na naszej tratwie z kry lodu.
Topię się,zamarzam,wypływam na nowo.
To tu,na tym skutym lodem wybrzeżu unosimy się,topiąc się we własnych,parzących objęciach na naszej tratwie z kry lodu.
Topię się,zamarzam,wypływam na nowo.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz